poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Katherine Webb "Dziedzictwo"


Jak dzisiaj pamiętam powszechne zachwyty nad Dziedzictwem, dlatego jestem w szoku, że ta książka miała swoją premierę w 2012 roku! Lubię powieści o starych posiadłościach, które mają swoją tajemnicę, więc od razu wiedziałam, że muszę ją przeczytać. Tym bardziej, że wszystkie recenzje zapowiadały, że zagadka Storton Manor jest jedną z tych, których nie da się samemu rozwiązać. Pomyślałam więc, że będzie to dobra książka żeby rozkręcić się czytelniczo i zabrałam ją w styczniową podróż do Torunia.

Akcja powieści rozgrywa się naprzemiennie na dwóch płaszczyznach czasowych. Współczesna, opowiada o dwóch siostrach, które otrzymały w spadku po babce wiejską posiadłość. Aby dom pozostał w ich rękach, Erica i Beth musiałyby w nim zamieszkać. Storton Manor budzi jednak w siostrach nienajlepsze wspomnienia, to tam ponad dwadzieścia lat temu zaginął ich kuzyn Henry. Siostry postanawiają więc sprzedać posiadłość. W czasie porządków Erica przypomina sobie wakacje, które tu spędzała. W jej głowie pojawia się niejasne uczucie, że ona, jej siostra i Dinny, przyjaciel z dzieciństwa, wiedzą o zaginięciu Henry’ego więcej niż powiedzieli dorosłym. Erica zaczyna więc drążyć, wypytywać Beth, szukać rodzinnych pamiątek, spotyka też Dinny’ego. Z jednej strony chce odzyskać utracone wspomnienia, z drugiej myśli, że pomoże to Beth, która od tego tragicznego lata, coraz bardziej zamykała się w sobie i od wielu lat cierpi na depresję. Włącza się też w niej zwykła ciekawość, kiedy odnajduje zdjęcie swojej prababki z nieznajomych dzieckiem.

Druga część przenosi nad do Nowego Jorku początku XX wieku. Poznajemy tu młodziutką Caroline, która postanawia wbrew woli swojej ciotki wyjść za mąż za Corina i razem z nim wyjechać na zachód. Corin jest bowiem farmerem, hodowcą bydła, „kowbojem z dzikiego zachodu”. Śledzimy więc losy wydelikatnionego dziewczęcia, które porzuca luksusy miasta i udaje się w długą podróż, po to by zamieszkać w malutkiej, odciętej od świata chatce gdzie za najbliższych sąsiadów ma Indian.

Wyrwana ze swojej nowojorskiej bańki Caroline nie radzi sobie, jako żona farmera. Nie chce porzucić gorsetów i eleganckiego uczesania, nie umie się zachować wśród samych mężczyzn, ma ataki paniki, boi się Indian, a gotowanie nie jest jej najmocniejszą stroną. Mimo tego, że bywała nieznośna, byłam w stanie ją zrozumieć i chciałam czytać dalej żeby sprawdzić czy w końcu dostosowała się do nowego życia i co sprawiło, że los rzucił ją w końcu do Anglii. Współcześni bohaterowie działali mi z kolei na nerwy. Rozhisteryzowana Beth, która z nikim nie chce rozmawiać i obraża się o każdą pierdołę, i ciekawska Erica, która nieraz zachowuje się jakby nadal miała 8 lat. Wśród nich najlepiej napisaną postacią jest Dinny, ale chyba tylko dlatego, że jego postać jest owiana nutką tajemnicy. Dziwaczny jest też wątek romansowy między tą trójką.

W trakcie lektury nietrudno było odgadnąć, co łączy Caroline z Ericą i Beth, dość szybko wyjaśnia to też autorka. Nie trzeba dużo kombinować, żeby rozgryźć skąd się wzięło dziecko na zdjęciu, chociaż jego dalsze losy nie są już takie oczywiste. Ze wszystkich zagadek najbardziej zaskakujące było wyjaśnienie zniknięcia Henry’ego. Naprawdę, to jest coś czego nikt się nie spodziewa. A mimo to, z dużo większym zainteresowaniem śledziłam losy Caroline, niż śledztwo Ericy.

I tak mam mały dysonans jeżeli chodzi o te dwie części. Fabularnie ciekawsza była dla mnie część historyczna, jeżeli chodzi o tajemnicę wygrała współczesna. Nie była to powieść, którą połknęłam, dla której rzucałam inną robotę. W wolnej chwili czytało się natomiast całkiem przyjemnie. Książka spodoba się przede wszystkim fanom historii z tajemnicą rodzinną w tle, a dla nich chyba nie trzeba więcej zachęty.

Katherine Webb Dziedzictwo, Wydawnictwo Insignis, s.512

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

Alek Rogoziński "Jak Cię zabić, Kochanie?"


Po raz pierwszy o Alku Rogozińskim usłyszałam na spotkaniu blogerów w Sopocie w 2015 roku. Jakoś wtedy wychodziła jego druga książka Morderstwo na Korfu, a niektórzy z uczestników spotkania znali też jego debiut. Zresztą sam autor pojawił się w Sopocie. Od tego czasu gdzieś tam z boku obserwuję działalność pisarza, który szybko rozkręcił się i stał się ulubieńcem wielu czytelników.

Trochę się wstrzymywałam z sięgnięciem po książki Alka. Szczerze mówiąc nie wiem, dlaczego, chyba wolę takie „prawdziwe”, mroczne kryminały, niż komedie kryminalne. Z drugiej strony jak już sięgam po taką komedię kryminalną właściwie zawsze jestem zadowolona. No, więc kiedy całą czytelniczą część Polski opanowało Do trzech razy śmierć, stwierdziłam, że koniec tego odwlekania, a trochę lżejszej rozrywki będzie mile widziane.

Kasia i Darek są małżeństwem z kilkuletnim stażem. Minął już czas, kiedy nie mogli bez siebie żyć. Najchętniej by się rozwiedli, ale nie mogą, bo wtedy stracą możliwość odziedziczenia ogromnego majątku po kasinej babci. A jak nie oni, to spadek dostanie mała katolicka parafia na amerykańskim wygwizdowie. Żeby dostać pieniądze małżeństwo musi doczekać się potomka. No chyba, że wcześniej jedno z nich umrze. Obydwoje postanawiają, więc podjąć kroki niezbędne do pozbycia się drugiego. I pewnie wszystko poszłoby po myśli jednego, albo drugiego gdyby nie fakt, że do polowania na pieniądze włączyły się amerykańskie zakonnice z zamiłowaniem do broni palnej. Jakby tego było mało, Darek prowadził podejrzane interesy z lokalnym gangsterem, który właśnie teraz postanowił doprowadzić swoje sprawy do końca.

Jak to się dobrze czyta! Cholernie szybko i z uśmiechem na ustach (chociaż bez wybuchów śmiechu, o których czytałam na innych blogach). Na koniec okazuje się, że wszyscy są ze sobą jakoś powiązani, a człowiek kręci z głową z niedowierzaniem, z jakim pomysłem jest to zrobione (najbardziej mi się podobał motyw z harcerką!). Nie do końca przekonały mnie dziwne zakonnice, brakowało mi jakiegoś wyjaśnienia na koniec, kim one właściwie były. Rozumiem jednak ich rolę, bez tego ciężko byłoby tak namieszać w fabule, więc przymykam oko.

Książkę zaczęłam czytać późnym wieczorem i całkowicie odeszła mi ochota na sen. Dobrze, że byłam wtedy sama w domu i rano mogłam spędzić kilka godzin w łóżku czytając nie myśląc o tym, że trzeba zrobić obiad czy wyjść po chleb. Przednia rozrywka, polecam z czystym sercem.


Na koniec zwrócę jeszcze uwagę na coś, o czym chyba nikt nie pisał. O czym w ogóle rzadko ludzie mówią w kontekście książek. Chodzi mi o okładkę. Bo w końcu nie oceniaj książki po okładce. No, ale nie podoba mi się! Nie jestem specem od fotografii, ale naprawdę widzę te malutkie modelinowe buciki i pistolecik, i tą nałożoną w Photoshopie paćkę krwi. Nie dało się tego jakoś zrobić z prawdziwymi przedmiotami? Fajnie, że kolejne książki mają spójną szatę graficzną, ale jednak grafik się nie popisał.

Alek Rogoziński Jak Cię zabić, Kochanie?, Wydawnictwo Filia, s.336

poniedziałek, 27 lutego 2017

Paweł Piotr Reszka "Diabeł i tabliczka czekolady"


Już jako nastolatka lubiłam czytać reportaże, np. w Dużym Formacie. Takie krótkie, kilku, kilkunastostronicowe, najlepiej wyciągające na światło dzienne jakieś polskie brudy. Może nie tyle sprawiało mi to przyjemność, ale budziło ogromne zainteresowanie. A mimo to, dzisiaj literatura non fiction nadal jest u mnie gdzieś na marginesie, znam tylko najgłośniejsze nazwiska i tytuły.

Tak więc kiedy podczas zeszłorocznych Targów Książki w Warszawie ogłoszono laureata Nagrody im. Kapuścińskiego za najlepszy reportaż 2015 roku nie miałam zielonego pojęcia, o kim mowa, pierwszy raz słyszałam tytuł nagrodzonego tytułu. Ale kaman, Diabeł i tabliczka czekolady? Taki tytuł wystarczy usłyszeć raz, żeby go zapamiętać. Oczywiście książka trafiła na listę „jeżeli dożyję stu lat to może przeczytam połowę tego, co tu zapisałam”. I tak by sobie pewnie czekała na przeczytanie nigdy, gdyby nie to, że przypadkowo dostała się w moje ręce już w lipcu, w paczce, którą dostałam na spotkaniu blogerskim A może nad morze?. Chyba tytułowy diabeł mnie podkusił, że zaczęłam czytać już na przystanku, a potem byłam zła, że muszę wysiadać i nie mogę czytać dalej.

Żyjemy w świecie, w którym z blogów, YouTube, Instagramu wylewają się obrazki idealnych poranków i weekendów, piękne stylizacje i posty o kolejnych podróżach w egzotyczne miejsca. Oczywiście wszystko z podprogowym dopiskiem „Ty też możesz to mieć”. Od małego jesteśmy uczeni, że sami kształtujemy tym, kim jesteśmy, a możemy być kim chcemy. I w tym świecie powstają takie zbiory reportaży, jak Diabeł i tabliczka czekolady. Takie, które walą po twarzy biedą, zacofaniem, dewocją. Polską B. Które pokazują, że to całe jesteś kowalem własnego losu jest gówno warte.

Bo prawdziwe życie to nie jest to, co widzisz na pięknym zdjęciu w Internecie. Ono jest w tej lublińskiej podstawówce, w której nikt nie chce się przyjaźnić z Moniką, bo chodzi w tej samej bluzie, dlatego, że rodziców nie stać na inną. Albo tam, gdzie rodzice oddają ograny dziecka, które zginęło w wypadku, a sąsiedzi posądzają ich o handel organami I jeszcze w domu pomocy społecznej, w którym miasto ograniczyło dostęp do Internetu, bo pacjenci oglądali strony pornograficzne.

W zbiorze jest też sporo tekstów o szczęściu. Z tym, że to, o czym mówią bohaterowie tych reportaży to jest takie podstawowe poczucie bezpieczeństwa, które należy się każdemu człowiekowi. I nagle okazuje się, że szczęście to nie żadne Chanele, Tajlandie i kawy z pianką z drogich ekspresów pite pod kocem z wełny merynosów. Szczęcie to bycie akceptowanym przez rodzinę, znalezienie sobie hobby na emeryturze, otrzymanie pomocy od drugiej osoby albo możliwość jej udzielenia komuś potrzebującemu. Albo łazienka. Tak, posiadania łazienki z wanną też może być szczęściem.

I właśnie takie reportaże lubię czytać, takie później pamiętam. Jest w tym chyba jakiś ukryty masochizm, ale po każdym kolejnym chcę więcej.

Paweł Piotr Reszka Diabeł i tabliczka czekolady, Wydawnictwo Agora, s. 218