Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojenna. Pokaż wszystkie posty

środa, 5 sierpnia 2015

Vladimir Wolff "Stalowa kurtyna"


"Stalowa kurtyna" jest książką z gatunku "war fiction" i opowiada o wymyślonym, ale możliwym konflikcie wojennym między Polską i Białorusią. Generalnie nie czytam takich książek, ale lubię od czasu do czasu wyjść poza ramy bezpiecznych gatunków. Dlatego kiedy dostałam zapytanie od TestMeToo i odAutora.pl czy chcę przeczytać i zrecenzować tego e-booka, zgodziłam się. Tym razem okazało się, że to był błąd.
Łukaszenka, wieloletni prezydent Białorusi nagle decyduje się na atak na Polskę. Żeby nikt nie mógł mu zarzucić, że wywołał wojnę dla swojego widzimisię, białoruskie spec służby  wysadzają w powietrze hotel pełny swoich współobywateli zrzucając wszystko na Polaków. Do tego dochodzi śmierć przypadkowego Białorusina podczas demonstracji i wojna gotowa. Białorusini zakładają szybkie zwycięstwo i nie da się nie znaleźć analogii do września 1939 (i całej II wojny światowej). Polacy znowu zaskoczeni, mają za mało wojska, a sojusznicy z Europy znowu nie chcą walczyć za polski Gdańsk. Stany Zjednoczone długo zastanawiają się co zrobić, a Polacy dostają cięgi od Białorusinów wspieranych przez wojska rosyjskie. Rosja oczywiście cały czas nawołuje do negocjacji, a pokątnie dosyła swoim braciom broni i ludzi. A w Polsce, jak to w Polsce, nagle odezwał się w ludziach patriotyzm, masa ochotników do wojska, a w lasach i miastach partyzantka kwitnie. I tak sobie walczą przez ponad 300 stron. Na zmianę wygrywają Białorusini i Polacy, oczywiście dopóki wspaniałomyślne Stany nie wyślą swojej pomocy w postaci F-22. Od tego momentu Białoruś ponosi same klęski i nawet Łukaszence nie udaje się uciec przed sprawiedliwością.
Brzmi znajomo? Do tego masa literówek (nie wiem czy to tylko problem w e-booku, czy także w wersji papierowej), masa głupio brzmiących zdań typu: Wolno poruszająca się wskazówka sekundowa na dużym ściennym zegarze zaprzątnęła świadomość Orłowa. W końcu sięgnął po telefon i… umarł. Miałam lepsze, ale zaznaczone na Kindlu. A Kindle tak miał dość tej książki, że aż mu ekran wysiadł… :/
Co jeszcze warto powiedzieć to to że mamy milion postaci, z czego żadnej nie poświęcono na tyle miejsca żeby się do niej przywiązać, albo dobrze ogarnąć kto jest kim. Jak dla mnie, każdy z bohaterów mógł zostać zastrzelony, rozerwany pociskiem, bombą, jego głowa mogła leżeć kilka metrów od ciała, albo mógł wyparować. Nie zauważyłabym różnicy.
Autorowi stosuje też triki typu „chciał być sam, usiadł na krześle, przeładował pistolet i nie wiedział co dalej”, po czym nie wraca już do tej postaci (potem po 100 stronach nagle jest olśnienie „aaaaa… to on jednak się zastrzelił…”). No i ta masa nazw samolotów, pistoletów, pocisków, bomb. Oszaleć idzie. Czy to ważne czy na cywilów bombę zrzucili z samolotu Mi24 czy Mig26?
Generalnie, dawno się tak nie wymęczyłam przy książce. Miałam ochotę ją wyłączyć z milion razy, doczytałam tylko z recenzenckiego obowiązku. Nawet nie wiecie jaką ulgę poczułam jak zobaczyłam „epilog”. A jeśli chcecie poczytać o tym, jak wygląda wojna i zniszczona Warszawa sięgnijcie lepiej po „Dziewczyny z powstania”. Bo to różnica jak plastikowy pierścionek z maszyny z kulkami, która stoi na nadmorskim deptaku i pierścionkiem od Tiffany’iego.

Vladimir Wolff, Stalowa kurtyna, Wydawnictwo Ender, s. 368.

poniedziałek, 1 czerwca 2015

Anne Frank "Dziennik"


Są takie książki, które powinien znać każdy. Są wśród nich takie, o których się słyszało, nawet jeżeli się ich nie czytało. Zawsze wydawało mi się, że dziennik Anny Frank jest jedną z takich książek. Kiedy jednak wzięłam ją z bibliotecznej półki i zaczęłam czytać, okazało się, że sporo ludzi wokół mnie nie znało historii tej żydowskiej dziewczynki. Tym samym mój plan, żeby nie pisać o fabule, stanął pod znakiem zapytania. No bo może jednak trzeba?
            Anne Frank była 13-letnią beztroską dziewczynką mieszkającą w Amsterdamie z rodzicami i siostrą. A potem przyszła wojna. Rodzice Anny z pomocą przyjaciół przygotowali ukryte mieszkanie, w którym mogły ukrywać się dwie rodziny. Na początku lipca 1942 roku rodzina Frank przeniosła się do kryjówki, w której pozostawała do 4 sierpnia 1944. Razem z nimi w Oficynie mieszkała rodzina van Pels i znajomy dentysta Fritz Pfeffer.
Przez dwa lata Anne opisuje życie w ukryciu. Aby jej słowa nie były kierowane w pustkę, swoje wpisy kieruje do wymyślonej przez siebie koleżanki, Kitty. Dziewczynka skupia się na jedzeniu i kłótniach, ale bardzo dużo miejsca poświęca swoim przemyśleniom i uczuciom. Czytając zapiski Anny można zauważyć jak nastroje na zewnątrz, informacje docierające z radia czy gazet wpływały na nastroje ukrywających się.
To nie jest książka, którą się recenzuje. Tu nie ma miejsca na ocenę fabuły czy stylu. Dziennik powinno się przeczytać i mieć w pamięci. Mimo to, przyznam szczerze, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Znałam mniej więcej historię Anny, wiedziałam że jej dziennik opisuje okres ukrywania się. Spodziewałam się opisu jakiejś strasznej piwnicy, ściśniętych ludzi, głodu, smrodu. A tu dostałam opis, wydaje się, dość przestronnie urządzonego mieszkania, z kilkoma pomieszczeniami, prezentów na urodziny czy święta, radia, książek, kursów korespondencyjnych… Oczywiście, taki obraz zawdzięczamy sposobowi w jaki napisany jest dziennik. Wiele razy dziewczynka pisze, że wszyscy są zmęczeni swoja obecnością, że marzy jedynie o wyjściu na dwór i zaczerpnięciu świeżego powietrza, opisuje grozę pojawiającą się w czasie bombardowań czy kiedy doszło do włamania w budynku. Pojawiają się informacje o tym, że na obiad będą zepsute ziemniaki albo zapleśniały groch. Na pewno nie można powiedzieć, że w Oficynie panowały luksusy. A mimo wszystko, mam wrażenie, że Anna i jej rodzina znaleźli się w dość komfortowej sytuacji.
Mam 23 lata, wiem co nieco o II wojnie światowej, o holokauście, widziałam obozy koncentracyjne i synagogi, które do tej pory nie mogą się podnieść ze zniszczeń wojennych. Na mnie Dziennik nie zrobił takiego wrażenia, jakie (jak sądzę) mógłby gdybym była w wieku autorki. Rozmawiając z dziećmi, które mają -naście lat, o wojnie, tłumacząc im pewne rzeczy z tym związane, powinno się im podsuwać do przeczytania Dziennik Anne Frank. Może wtedy lepiej rozumieją?


Anne Frank, Dziennik, Wydawnictwo Znak, s.313.